Archive for the Category » Gibraltar Trip 2014 «

Dzień 14 – Góry Betyckie i długa droga do Malagi

Dzień 14

Przejechanych km: 4400

Wyjeżdżamy z Elche prawie godzinę. Znaleźliśmy parking kilka kilometrów poza miastem. Wykończeni dniem poprzednim, szybko zasnęliśmy. Startujemy przed 9. Czekał nas caly dzień jazdy. Mieliśmy do pokonania aż 550km.

Najpierw jechaliśmy drogą wiodącą przez ogromne pola. Rosły tam przede wszystkim winogrona, gruszki i oliwki. Na tej drodze byliśmy praktycznie sami, średnio mijaliśmy samochód co 5 minut. Później wjechaliśmy w większe góry.

Hiszpańskie góry, które uważaliśmy za małe i niewymagające szybko, tego dnia, wyprowadziły nas z tej myśli. Bardzo nam się podobały. Ruszyliśmy z wysokości kilkudziesięciu metrów n.p.m. a znaleźliśmy się nawet na wysokości ponad 1100 metrów. Góry były gęsto i równo porośnięte drzewami oliwnymi. Wyglądało to tak, jakby ktoś przeczesał je grzebieniem.

Z Ogórkiem nie było żadnych problemów. Brak klimatyzacji w busie również nam nie przeszkadzał, jeśli otworzyliśmy okna. Jechało się bardzo przyjemnie, ale jednocześnie bardzo długo. Ostatnie kilometry prowadziły przez bardzo kręte drogi z wieloma wzniesieniami.

Do Malagi wjechaliśmy przed 23. Zjeżdżając z ostatniej góry, przed naszymi oczami ukazał się wspaniały widok oświetlonego miasta. Pokręciliśmy się jeszcze po Maladze i znaleźliśmy parking na nocleg.

 

20140814_111010

20140814_121940

20140814_204000

20140814_204457

20140814_225000

 

Dzień 13 – Pechowe Alicante

Dzień 13

Przejechanych km: 3820

Noc była ciepła. Nie słyszeliśmy żadnych hałasów, a w szczególności ratraków, które równały plaże. Zjedliśmy śniadanie, poszliśmy popływać w morzu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy ambitny plan na ten dzień. Chcieliśmy zwiedzić Alicante i zrobić część trasy w stronę Malagi. Niestety już na początku wynikły problemy, które znacznie nas wyhamowały.

Zrobiliśmy postój by dolać oleju. Po zatrzymaniu się, okazało się, że jechaliśmy bez korka od oleju. Złożyło się, że parking urządziliśmy sobie na środku pustkowia. Byliśmy pewni, że do najbliższego miasta nie dojedziemy. Zaczęliśmy kombinować jak zatkać dziurę. Znaleźliśmy nawet korek, który próbowaliśmy dociąć. Niestety nic nie przynosiło efektów. Z pomocą przyszła nam rodzina. Przekazali nam informacje o tym, że 5 km dalej jest małe miasteczko. Dostaliśmy adresy do dwóch mechaników.

Pojechaliśmy do nich. Pierwszy popatrzył, zrozumiał nas, ale nie był w stanie pomóc. Kolejny, którego zobaczyliśmy sami, przeganiał nas tylko z parkingu sprzed jego warsztatu. Jadąc w stronę kolejnego adresu zobaczyliśmy następnego mechanika. W warsztacie pracowali Rosjanie z obwodu Kalingradzkiego. Pochwalili się jakie słowa znają po polsku (zgadnijcie jakie 😀 ) i zaproponowali, że mogą zamówić taki korek. Nagle podjechał pod warsztat, z tego co zrozumieliśmy, szef. Nie wyglądał na niego, ale mechanik od razu gdy go zobaczył, podszedł do niego i opisał nasz problem. Nie minęło 10 sekund, a szef wyszedł z korkiem, który idealnie pasował do naszego silnika. Rozradowani z nową, hiszpańską częścią ruszyliśmy dalej!

Do Alicante mieliśmy jeszcze trochę kilometrów. Tym razem nawigacja wyprowadziła nas do innego miasta. Najpierw straciliśmy czas na szukanie parkingu, a później na znalezienie informacji turystycznej. Byliśmy w El Campello – miejscowości niedaleko naszego celu. Przynajmniej dostaliśmy tam mapę Alicante.

Zwiedzać zaczęliśmy około 20. Słońce zachodzi dopiero kilka minut po godzinie 21, więc poszliśmy od razu w kierunku Zamku Św. Barbary, który znajduje się na szczycie góry w samym centrum miasta. Oglądaliśmy stamtąd zabytki, które zaplanowaliśmy zwiedzić, jak kościół zbudowany na meczecie. Ogólnie zaskoczeni, że sam zamek jest otwarty do godziny 24, mieliśmy nadzieje że Muzeum Archeologiczne również będzie czynne. Schodząc z góry, oglądaliśmy miasto nocą. Widok był naprawdę świetny. Muzeum czynne było do 22. My przed wejściem pojawiliśmy się minutę później. Jak pech to pech…

Chcieliśmy wstąpić jeszcze do Elche, które jest wpisane na listę UNESCO. Rośnie tam aż 300 000 palm. Jadąc do niego, naszą uwagę przykuły fajerwerki. Wjeżdżając w stronę centrum było ich coraz więcej. Pojawiły się również palmy. Były wszędzie. Rosły przy drogach, na rondach, w parkach i prywatnych ogródkach. Zatrzymaliśmy się niedaleko placu, przy którym siedziało mnóstwo ludzi i każdy z nich patrzył w niebo. Fajerwerków było coraz więcej. Okazało się, że akurat tego dnia jest święto miasta. Zrobiliśmy sobie zupę – oczywiście ogórkową – i jak reszta zgromadzonych siedliśmy sobie na krzesełkach i podziwialiśmy pokaz. Najbardziej podobał nam się rozbłysk, który przypominał liście palmy. Pasował do tego miejsca. Niestety po zakończonym pokazie wpakowaliśmy się w korek.

 

20140813_210949

20140813_211210

20140813_211453

20140813_211715

20140813_212155

20140813_213722

 

20140813_214812

Dzień 12 – Walencja

Dzień 12

Przejechanych km: 3600

Rano Artur kolejny raz wstał, by tym razem dojechać do Walencji. Pranie nie wyschło nam dzień wcześniej, więc zaplanowaliśmy sobie postój kilka kilometrów od celu. Znaleźliśmy super plaże i gdy tylko się rozłożyliśmy, pobiegliśmy do wody. Walka z falami chyba nigdy nam się nie znudzi ;D W dobrych nastrojach pozbieraliśmy ubrania i ruszyliśmy do Walencji.

Najpierw weszliśmy na wieżę, by obejrzeć miasto z góry. Zaciekawiły nas dwie kolorowe kopuły, które wyróżniały się na tle pozostałych pomarańczowych dachów. Zeszlismy z wieży i udaliśmy się w kierunku jednej z nich. Po obejrzeniu kościoła z zewnątrz chcieliśmy zobaczyć Giełdę Jedwabiu. Niestety przyszliśmy za późno – siesta. Pochodziliśmy sobie jeszcze po głównych ulicach, kupiliśmy pamiątki i wróciliśmy do Ogórka. Najciekawszym obiektem jaki zobaczyliśmy był Hemisferic, czyli nowoczesny budynek w kształcie oka, który otwiera się i zamyka. Wieczorem zatrzymujemy się 150 km przed Alicante na plaży przy samym morzu. Decydujemy się spać na wydmach pod gołym niebem. W nocy widzimy mnóstwo spadających gwiazd 🙂

20140812_144036

20140812_155104

20140812_171805

20140812_172615

20140812_175006

Dzień 11 – Tarragona + kontakt z policją

Dzień 11

Przejechanych km : 3275

Zatrzymaliśmy się przed samą Tarragoną na małej, ustronnej plaży. Mieliśmy wielką frajdę, fale były spore. Postanowiliśmy sobie, że wieczorem też będziemy się kąpać.

W Tarragonie udajemy się najpierw w stronę ruin amfiteatru. Z łatwością mijamy kasy biletowe i wchodzimy za free 😉  Szkoda, że były to tylko pozostałości a nie całość – jak w Arles. Później poszliśmy do ruin rzymskiego cyrku. Również niewiele po nim pozostało. Zastanawialiśmy się jaki cel miały poszczególne pomieszczenia. Będąc na górze, zobaczyliśmy sporą Bazylikę, do której następnie się wybraliśmy. Bilet kosztował 4€, więc tylko Artur zdecydował się wejść. Adrian z Karolem zdecydowali się na spacer wokół niej podczas którego znaleźli darmowe wejście od tyłu budynku.  Znajdowało się tam muzeum sakralne. Zobaczyliśmy niezliczoną ilość obrazów jak i wielkie skarbce.

Na koniec chcieliśmy zobaczyć jeszcze akwedukt. Znajduje się on poza miastem i mieliśmy dość spore problemy by go znaleźć. Dopiero stanęliśmy na jakiejś stacji benzynowej i dostaliśmy dość śmieszną, ale bardzo konkretną mapkę jak do niego trafić. Akwedukt bardzo nam się spodobał. Warto było go szukać.

Wieczorem zgodnie z planem zrobiliśmy pranie, obiad i poszliśmy do wody. Dopiero wyciągnęła nas z niej policja. Stała przy Ogórku z syreną alarmową. Dobrze, że byliśmy w pobliżu. Szybko dogadaliśmy się z nimi na migi i jak tylko się pozbieraliśmy przeparkowaliśmy samochód. Szkoda, miejsce mieliśmy świetne.

 



20140811_131218

20140811_131228

20140811_154929

20140811_143223

20140811_133419

20140811_161737

20140811_162956

20140811_163621

20140811_185758

20140811_201546

Dzień 10 – Viva Barcelona!

Dzień 10

Przejechanych km: 3140

W nocy przejechaliśmy 260 km w niecałe 5 godzin. Biorąc pod uwagę możliwości szybkościowe Ogórka był to bardzo dobry wynik. Gdy cała nasza ekipa się obudziła, zaczęliśmy się zbierać na podbój Barcelony.

Zdecydowaliśmy, że najpierw pójdziemy na Camp Nou. Od razu po wejściu znaleźliśmy się w muzeum. Oglądaliśmy złote buty Leo Messiego oraz puchary za wygrane w Lidze Mistrzów. Siedzieliśmy na trybunie i podziwialiśmy ogrom tego obiektu. Byliśmy również w kabinie komentatorów oraz jeszcze raz oglądaliśmy najpiękniejsze bramki w historii klubu jak główkę Messiego z Manchesterem.

Przeparkowaliśmy samochód i udaliśmy się do kościoła La Sagrada Familia. Z zewnątrz wyglądał niesamowicie, niestety ogromna kolejka do kas zmusiła nas do odpuszczenia sobie wejścia do środka.

Udaliśmy się do Park Guell.Zaprojektował go sam Gaudi, więc było na co popatrzeć. Oprócz palm czy wielkich aloesów wrażenie robiły na nas kamienne mosty, którymi spacerowaliśmy.

Kolejnym punktem naszej wycieczki po Barcelonie było wzgórze Tibidabo, z którego można zobaczyć Pireneje, a czasem nawet Majorkę. Wspinanie zaczęliśmy od strony miasta. Nie róbcie tak jak my. Zajęło to nam godzinę dobrym tempem. Przy samej górze znajdują się darmowe parkingi. Co więcej, w sierpniu, praktycznie w całej Barcelonie nie pobierane są opłaty za postój. Na Tibidabo znajduje się park rozrywki oraz kościół, do którego można wejść i wjechać windą, by jeszcze wyżej podziwiać widoki. My zobaczyliśmy Pireneje, ale do Majorki nie mieliśmy tyle szczęścia – była zbyt duża mgła. Schodziliśmy pół godziny.

 

20140810_062321

20140810_132025

20140810_132522

20140810_133108

 

20140810_134927

20140810_173238

20140810_165410

20140810_202938

Dzień 9 – Leniwe Arles

Dzień 9

Przejechanych km: 2800

Zatrzymaliśmy się 150km od Arles. Wstaliśmy późno i jeszcze dłużej się zbieraliśmy. Do celu dojeżdżamy dopiero o 17.

Robimy sobie obiad i idziemy zwiedzać. Zobaczyliśmy amfiteatr, który przypominał miniaturkę Koloseum. Zrobił na nas naprawdę duże wrażenie. Obeszliśmy go dookoła, niestety pokazy z bykami nie odbywają się w weekendy. Obok znajduje się również stary antyczny teatr. Na koniec udaliśmy się w stronę najstarszego, średniowiecznego cmentarza. Żałujemy, że nie wstaliśmy trochę wcześniej by go zobaczyć. Samo wejście do cmentarza było imponujące.

Do Ogórka wracamy brzegiem Rodanu. Dowiadujemy się, że musimy być 25 sierpnia w Chełmie. Skracamy trasę i nocą chcemy przejechać 450km do Barcelony.

 

20140809_182819

20140809_183632

20140809_192932

20140809_202222

20140809_182643

20140809_182657

 

 

Dzień 8 – Monte Carlo, Nicea i Cannes

Dzień 7

Przejechanych km: 2475

Dzisiejszy plan zakładał zwiedzić trzy miasta – Monter Carlo, Niceę i Cannes. Po obudzeniu się, od razu ruszyliśmy na zwiedzanie tego pierwszego. Wspięliśmy się na Książęce Wzgórze i poszliśmy do oceanarium. Dotykaliśmy tam rekiny, byliśmy świadkami karmienia piranii  i zobaczyliśmy najbardziej niebezpieczną rybę świata. Na dachu tego oceanarium spoglądaliśmy na piękną panoramę miasta.

Następnie udaliśmy się do Pałacu Księcia Monako. Cierpliwie słuchaliśmy, co mówił nam audioprzewodnik o każdej sali i rodzie Grimaldich. Flaga na Pałacu była wywieszona, więc Książę był w pałacu. Wracając, zauważyliśmy, że turyści nie tylko robili sobie zdjęcia przy sportowych samochodach, ale także z naszym Ogórkiem 😉

W Nicei łatwo znaleźliśmy parking i poszliśmy do centrum. Znaleźliśmy się na placu Massena, na którym znajdują się piękne fontanny i ciekawe rzeźby na kolumnach. Kolejno, idąc Promenadą Anglików docieramy na wzgórze La Colline Du Chateau. Zobaczyliśmy ruiny zamku i weszliśmy na sam szczyt, by mieć jak najlepszy widok na morze i miasto. Na koniec zobaczyliśmy Bazylikę Św. Reparaty, w której znajduje się wiele kaplic.

Wieczorem dojechaliśmy do Cannes. Udaliśmy się od razu w kierunku Bulwaru La Croisette, na którym znajdują się słynne odciski dłoni gwiazd filmu. Pozostawiły tam po sobie ślad m.in. takie osobistości jak Andrzej Wajda czy Cameron Diaz. Porównywaliśmy nasze dłonie ze wszystkimi odciskami jakie tam były. Następnie udaliśmy się pod dwa hotele – Carlton i Martinez, w których w czasie festiwalu mieszkają gwiazdy znane z dużego ekranu. Na parkingu przy nich znajdowała się istna wystawa sportowych aut. Po obejrzeniu pokazu tańca ulicznego wróciliśmy do Ogórka i przejechaliśmy obok tych hoteli wzbudzając wielkie zainteresowanie przechodniów.

Następnego dnia planujemy zwiedzić Arles i Nimes.

 

20140808_160530

20140808_110204

20140808_154442

20140808_152729

20140808_103341

20140808_161840

20140808_145535

20140808_151516

20140808_151346

20140808_213213

20140808_221303

 

 

Dzień 7 – Włochy i luksusowe Monaco

Dzień 7

Przejechanych km: 2378

W Mediolanie nie mogliśmy znaleźć parkingów. Musieliśmy stawać praktycznie na każdych światłach. Ludzie jeździli tam jak szaleńcy. Zmieniali pasy z zaskoczenia nie wrzucając żadnych kierunkowskazów. Budynki były całe obmalowane brzydkim graffiti. Wyjechaliśmy, zasnęliśmy poza miastem.

Kierowaliśmy się na Genuę, by zobaczyć jeden z największych portów Europy. Znajdował się tam również wraz Costa Concordia. Drogi, szczególnie w miasteczkach są bardzo ciasne dla naszego Ogórka, a pod niektórymi mostami ledwo się mieścimy.

Znaleźliśmy parking niedaleko portu. Chcieliśmy wejść do latarni morskiej, ale czynna jest tylko w soboty i niedziele. Pochodziliśmy po porcie, pooglądaliśmy wielkie wycieczkowce i zaczęliśmy szukać wraku. Z pomocą Włochów, po dość długim czasie, znaleźliśmy statek. Przycumowany był na uboczu portu. Widzieliśmy go tylko z daleka. To nas zadowoliło w 100%. Wcześniej dostaliśmy informację, że wyciągane była ciała, więc i tak nie chcieliśmy się zbliżać.

Jechaliśmy już przy morzu. Zaczęło się korkować, więc zrobiliśmy sobie postój przy macu. Kolejny raz nie możemy poprawnie połączyć się z siecią.

W nocy, przejeżdżając przez bardzo ładne włoskie miasteczka, dojechaliśmy do Monaco. Śpimy w samym centrum Monte Carlo – porcie. Kilka metrów od nas przycumowane są luksusowe jachty, a obok nas stoją Bentleye, Ferrari czy Porsche.

 

IMG_0786

IMG_0792

 

powyżej – Costa Concordia

IMG_0790

IMG_0796

IMG_0799

 

Dzień 6 – Liechtenstein, Alpy – co za dzień!

Dzień 6

Przejechanych km: 1910

Po nocnej jeździe jedliśmy kolacje dopiero przed pierwszą. Zaraz po tym zasnęliśmy. Po drugiej obudził nas łomot w drzwi. Dobijał się do nas jakiś Austriak o tureckim wyglądzie. Był dość spory, a jego chudy kolega zaczął gdzieś telefonować. Nie robiąc problemów wyjechaliśmy szukać nowej miejscówki na sen.

Obudziliśmy się, jak na nas, bardzo późno, bo po 10. Obok nas były trzepaki, z których szybko skorzystaliśmy, by wysuszyć jeszcze mokre ubrania. Każda osoba, która mijała naszego busika, serdecznie się z nami witała, a co ciekawsi wypytywali nas o cel wyprawy czy stan Ogórka. Dolaliśmy wody i ruszyliśmy do Liechtensteinu.

Do stolicy docieramy dość szybko i idziemy zwiedzać miasto. Najpierw wchodzimy do katedry. Następnie idąc placem, który zbudowany był jakby z piaskowych cegieł, docieramy do muzeum znaczków pocztowych. Piętro wyżej znajdowało się coś, czego nazwać nie potrafimy.
Były tam m. in. przeszkody zrobione z pończoch, nadmuchiwana foliowa bańka czy pomieszczenie z rurą taneczną, do której mogliśmy sobie dobrać muzykę. Całość była jednym wielkim labiryntem. Rozmawialiśmy z rodowitą mieszkanką Vaduzu, która w bardzo zabawny sposób opowiadała nam swoim mieście. Mówiła, że są tutaj dwie kawiarnie i supermarket ;D Miejsce, w którym się znajdowaliśmy, opisała nam jako muzeum sztuki nowoczesnej.
Widzieliśmy również z zewnątrz zamek Księcia Liechtensteinu, do którego nie można wejść, ponieważ tam mieszka.

Po wyjeździe z Księstwa znowu byliśmy w Szwajcarii. Już przy pierwszym bardzo stromym zjeździe podgrzaliśmy nasze hamulce. Ciekło z Ogórka niemiłosiernie, ale w końcu udało nam się zlokalizować usterkę. Przedziurawił się wąż do tylnej nagrzewnicy, której i tak nie było. Odcieliśmy wadliwą część, zgięliśmy go na pół, spieliśmy trytytką i pozbyliśmy się kolejnego problemu.
W miejscowości Chur, które było ok. 350m n.p.m. ( wg GPSa ) zaczęliśmy wpinaczkę pod górę. Już po kilkudziesięciu minutach Ogórek musiał odpocząć. W tym czasie zajęliśmy się chłodnicą. Czujnik, który miał się automatycznie włączać przy wysokich temperaturach nie działał. Chwilę pomyśleliśmy co robić i zaczęliśmy przeciągać przewody, by móc uruchamiać wentylator manualnie.

Po tych przygodach okazało się, że 50 km zrobiliśmy w 4 godziny. Wspinaliśmy się jadąc cały czas ok. 20km/h, ale nam to nie przeszkadzało. Każdy z nas rozglądał się na prawo i na lewo, i podziwiał. W końcu nie padało i pełną piersią wdychaliśmy alpejskie powietrze. Zatrzymywaliśmy się już tylko, by dać odetchnąć hamulcom.

Wjeżdzając pod koljeną górę zastanawialiśmy się, czy będziemy wyżej niż Rysy. Skończyło się “tylko” na 2284m n. p. m. Byliśmy otoczeni nagimi szczytami, gdzieniegdzie pokrytymi śniegiem. Wyczytaliśmy, że niektóre z nich mają prawie cztery tysiące wysokości. Te widoki na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Zdjęcia nawet w połowie nie oddają tego co zobaczyliśmy.
Z krótkimi postojami, mijając ostatnie szwajcarskie miasteczka, dojechaliśmy do granicy z Włochami. Strażnicy najpierw poprosili nas o dokumenty, a później nakazali nam zjechać na bok w celu przeszukania samochodu. Po kilku minutach kontroli, jeden z nich wyszedł z Ogórka trzymając w ręku nasz składany nóż. Pomimo tłumaczeń, że używamy go tylko do smarowania dżemora i nie zamierzamy nikogo skrzywdzić, nie chciał nam go oddać. Straszył nas jeszcze wysokim mandatem, który powinniśmy dostać.
W nocy, jadąc przez tunele po autostradzie, wjechaliśmy do Mediolanu. Nie podoba nam się tu.

 

 

 

 
IMG_0755

IMG_0766

IMG_0772

IMG_0784

Dzień 5 – Garmisch-Partenkirchen oraz sympatyczni Polacy

Dzień 5

Przejechanych km: 1610

Poranek był najzimniejszy ze wszystkich poprzednich. Zrobiliśmy sobie porządne śniadanie, nakarmiliśmy chyba z 50 kaczek i zaczęliśmy dumać gdzie pojedziemy. Plan podróży nie przewidywał tak szybkiego wjazdu do Niemiec, tym bardziej w ten region. Wyciągnęliśmy mapę i we trzech zdecydowaliśmy, że kierujemy się do Garmisch-Partenkirchen.

Od początku naszej drogi na Olimpijską Skocznię bagatelizowaliśmy mrugającą kontrolkę – miała być uszkodzona. Przez całą trasę mijaliśmy obok siebie niesamowite górskie widoki. Pogoda była w kratkę, a największe wrażenie zrobiło na nas wjeżdżanie do tunelu w trakcie burzy i wyjeżdżanie z niego w delikatne słońce.

Zaparkowaliśmy Ogórka w centrum miasta przy jakimś sklepie. Mógł on tam stać maksymalnie godzinę. Mieliśmy kilometr na skocznię, więc wydawało nam się, że zdążymy zwiedzić obiekt przed upływem czasu. Znowu zaczęło lać. Co więcej, żadna kasa nie była otwarta. Zrezygnowani szukaniem jakiejkolwiek informacji usłyszeliśmy polskie głosy.

Zapoznaliśmy się z bardzo sympatyczną rodzinką z Biłgoraja. Gdy tylko usłyszeli, że my jesteśmy z Chełma od razu zapytali czy to nasz jest ten kolorowy bus. Okazało się, że nie są zainteresowani zwiedzaniem skoczni, tylko chcą iść do jaskini. Opowiadali nam bardzo szczegółowo o okolicy i zachęcali do odwiedzenia pobliskich zamków. Jaskinia przerodziła się w szlak turystyczny wiodący przy rzece. Widoki były przepiękne, a deszcz, który padał cały czas i coraz mocniej tylko dodawał miejscu uroku. Później wspinaliśmy się na stosunkowo małą “Alpkę”, z której mieliśmy super widoki na trzytysięczniki. Całą trasę rozmawialiśmy oraz śmieliśmy się z tymi przesympatycznymi ludźmi.

Wracając udało nam się nawet znaleźć wejście na skocznię. Największa była zamknięta, ale mogliśmy usiąść na belce mniejszej lub wejść na budynek sędziowski. Dopiero w drodze powrotnej przypomnieliśmy sobie o tym, że bus mógł stać tylko godzinę. Stał już cztery. Lekko zaniepokojeni zmierzaliśmy do parkingu. Na szczęście nikt go nie odholował i szybko pojechaliśmy do Linderhof. Pałac ekscentrycznego Ludwika Bawarskiego z zewnątrz wyglądał znakomicie.

Po ponad godzinie zwiedzania, wróciliśmy do Ogórka. Temperatura silnika nie opadała. Kolejny raz wypakowaliśmy rzeczy, by dostać się do niego. Olej był w normie, ale płynu chłodniczego prawie nie było. Doszliśmy do wniosku, że czujnik jednak jest sprawny. Ani w nocy, ani w deszczu nie chciało nam się tego naprawiać. Dolaliśmy wody i ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się na Vaduz. Granicę niemiecko-austriacką, podczas jazdy, przekraczaliśmy 5 razy. Jesteśmy 50km od celu.

 

IMG_0706

IMG_0712

10533764_745611935502761_6914726982705509924_n

IMG_0744
10541457_745612755502679_1110330813696096579_n

10364182_745613705502584_1468362622714710125_n

10599687_745615055502449_6255800656299081642_n